Wczoraj późnym wieczorem znajomy zapytał mimochodem, czy widziałem już August Rush? Nie widziałem - odpowiedziałem mimochodem. Myślami byłem już w łóżku, zmęczony po tygodniu pracy. Bartek zmusił nas, by zostać jeszcze moment. Podpiął dolby surround. Pokazał tylko jedną scenę z filmu. Piętnaście minut poźniej rzeczywiście byłem już w łóżku. Z laptopem na kolanach i słuchawkami na uszach.
W tym filmie nie chodzi o fabułę. Zakończenie do najmocniejszych nie należy. Podobnie jak opisywany wcześniej Slumdog, pomimo kilku słabszych stron, był dla mnie arcydziełem wizualnym, tak August Rush głęboko penetruje płaty mózgu odpowiedzialne za obsługę uszu. To, co Evan robi z gitarą (śliczny Gibson) nocując w opuszczonej filharmonii lub potem w Central Parku, potrafi zachwycić. Podobnie głos czarnoskórej dziewczynki w kościele, do którego Evan zakrada się szukając schronienia. Rockowe wstawki Louisa oraz wiolonczela Lyli także dają radę.
To film dla estetów. Duża w tym zasługa Keri Russell (Lyla) oraz Jonathana Rhys-Meyersa (Louis). Patrzy się na nich z dużą przyjemnością.
A całość zgrabnie podsumowują słowa Robina Williamsa w roli ekscentrycznego Czarnoksiężnika: "Musisz pokochać muzykę. Bardziej niż żarcie. Bardziej niż życie. Bardziej niż siebie samego."
Polecam wszystkim, którzy muszą zrestartować mózg przed kolejnym tygodniem wymyślania big idei, tworzenia copy czy layoutów. Programistom też może się spodobać :)
Film jest z 2007 roku. Nie było w polskich kinach, czy ja go po prostu przeoczyłem?



